Stali nad jeziorem w ciszy, odprowadzając wzrokiem zachodzące nad taflą wody słońce. Nie przyjeżdżali tu już od dobrych trzech lat. I choć na farmie nic się nie zmieniło przez ten czas, nie było już ciotki Suzan a oni nie byli już tą samą parą. Teraz dźwigali bagaż doświadczeń, których czasem woleliby nie mieć.

– Pamiętasz pierwszy raz, kiedy tu przyjechaliśmy? – spytał sentymentalnie Kory.

– Pamiętam dokładnie – wyszeptał Ezra.

– Czy to nie dziwne, że ciotka Suzan od początku wiedziała o nas? Wysłała mnie wtedy 20 mil stąd do sklepu po syrop klonowy, tylko po to by odbyć z tobą poważną rozmowę – ciągnął Kory.

– To była niesamowita kobieta. Przestrzegała mnie wtedy, że muszę cię bardzo pilnować, bo nie jesteś stały w uczuciach, a ja nie chciałem jej wierzyć – westchnął ciężko Ezra. – Taki byłem zakochany, a ona taka troskliwa. Ale nawet wtedy się nie myliła.

Ezra usiadł na chuśtawce, chcąć choćby na moment dać odpocząć zmęczonym od wspierania się na kulach dłoniom. Było zupełnie cicho. Kory obrócił się i usiadł obok, przygarniając Ezrę swoim potężnym ramieniem. Chuśtawka zaskrzypiała przeciągle, przeszywając ostrym dźwiękiem panującą wokół ciszę. Ezra wtulił się w Kory’ego szukając schronienia w ramionach swego ukochanego olbrzyma.

– Czy naprawdę było ci ze mną tak źle? – zaczął niepewnie Kory. – Wiem, że to co ci zrobiłem całkiem przekreśliło wszystkie moje deklaracje. Ale czy wcześniej nie byłeś ze mną szczęśliwy? Przecież mnie kochałeś.

– Nigdy nie przestałem cię kochać. Nawet teraz, kiedy nie czuję się z tobą całkiem bezpiecznie. Nawet teraz, kiedy z każdym krokiem fizyczny ból przypomina mi o tym co się stało. Sam nie wiem czemu cię nadal kocham. – Delikatnie uniosłszy głowę dojrzał kątem oka łzy płynące po twarzy Kory’ego. – Być może byliśmy za młodzi, a wokół nas zbyt wiele się wydarzyło. Zbrakło nam doświadczenia – kontynuował.

– Nie masz pojęcia jak bardzo czuję sie winny Smoczku – wychlipał ocierając łzy. – Tak chciałbym potrafić cofnąć czas. Tak bardzo chciałbym cofnąć ten niesportowy faul. Przecież wiesz, że cię kocham.

– Każdy kij ma dwa końce. Widać nie potrafiłem do końca spełnić twoich oczekiwań. Ostatecznie ja nie byłem sportowcem, a ty nie byłeś tłumaczem – podsumował Ezra, w głębi duszy pragnąc by wszystko było jak na początku, kiedy się poznali.

W istocie dzieliło ich wszystko. Połączyła ich fascynacja wzajemną odmiennością. Pamiętali dobrze ten wieczór, kiedy spocony po meczu Kory podpisywał koszulkę niskiemu chopakowi w ciemnym surducie od Hugo Bossa. Wtedy Kory wypytywał w szatni trenera, kim jest ów elegancki gość. To było niezwykłe. Nikt przecież nie chadza na mecze w takiej gali. Ale przecież Ezra zawsze był inny. Czekał po meczu w swoim Jaguarze, wiedząc że Kory napewno dostrzegłszy auto zdecyduje się podejść. Był niemal pewien, że jego surdut i zegarek z dewizką, jakże niedzisiejsze, wzbudzą niepohamowaną ciekawość Kory’ego.

Tak też się stało. Pojechali wtedy razem na kolację, a Kory spędził jeszcze długie godziny w apartamencie Ezry. Mieli sobie tyle do powiedzenia i obaj nie mogli wyjść z podziwu dla siebie na wzajem. Odtąd czekali bardziej niż przedtem na każdy kolejny mecz. Kory starał się wypatrywać Ezrę na trybunach, a ten wykupywał najdroższe miejsca, by być jak najbliżej swojego idola. A potem czekał na niego w swoim aucie. W końcu zamieszkali razem tworząc przez ponad cztery lata jedną z najbardziej dziwacznych par jakie możnaby sobie wyobrazić. Niższy o czterdzieści cztery centymetry od Kory’ego Ezra zdawał się zupełnie nie dostrzegać tej różnicy. Kory natomiast przy swoich 216 cm wzrostu traktował Ezrę jak młodszego brata.

Nie było im łatwo. Mimo wręcz układnego związku w oczach otoczenia byli jedynie parą zboczeńców, a takich przecież nie można było tolerować. Kariera Kory’ego przez moment zawisła na włosku, kiedy z powodu jego związku klub postanowił wypowiedzieć mu kontrakt. Wtedy Ezra zdecydował się wykupić pokaźny pakiet udziałów w klubie i problem ucichł, ku zdziwieniu obojga bowiem większość zawodników poparła Kory’ego. Problem ze zdwojoną siłą powrócił jednak z zupełnie innego kierunku. Mieszkający na prowincji rodzice Kory’ego nie akceptując związku syna, zaczęli naciskać by zerwał tę znajomość i ożenił się, pod groźbą odtrącenia przez rodzinę. Wychowany na wsi Kory bardzo starannie pielęgnował więzi rodzinne, ale nie potrafił także w żaden sposób wyrzec się miłości do Ezry. Nie pomogły nawet mediacje ciotki Suzan i rodzina pozostała nieugięta. W Korym zaś narastała bezsilność i agresja przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Początkowo wyżywał się na treningach, ale i to wkrótce przestało łagodzić sytuację. W dniu kiedy Ezra oznajmił mu, że z miłości i dla jego dobra zdecydował się odejść Kory chcąc go zatrzymać, w bezsilnym szale połamał mu obie nogi uderzając go gryfem od sztangi. Następne tygodnie spędził klęcząc w szpitalu przy łóżku Ezry, prosząc go ze łzami w oczach o wybaczenie.

Siedział nieruchomo w fotelu, owinięty kocem. Jego spojrzenie utkwione było martwo gdzieś w oddali, jak gdyby dostrzegał coś więcej prócz ciemnego płaszcza nocy. Przeszywał wzrokiem powietrze niczym badacz, próbujący za wszelką cenę odnaleźć w swojej próbce tę jedną, jedyną cząstkę będącą przyczyną i sprawcą wszystkiego. Dookoła panowała przeraźliwa cisza, toteż stojąc zaledwie o kilka kroków bez trudu mogłem słyszeć jego spokojny miarowy oddech. Tylko on pozwalał mi wierzyć, że Ezra tam był.

– Jak to właściwie jest… – zagadnąłem niepewnie, nie do końca mając odwagę usłyszeć odpowiedź.
– Jak to jest umierać? – zapytał spokojnie, wybawiając mnie z opresji wyartykułowania tych kilku głosek.– Bardzo bezczynnie.
– Bezczynnie? – wydusiłem z niekłamanym zdziwieniem.
– Nudno? Nazywaj to jak chcesz. – przerwał na moment, niczym starając się znaleźć to właściwe, odpowiednie słowo. – Jest w tym coś bezwolnego, niepojętego. Ot taki mały skrecz. Ale to jest obok, gdzieś w oddali, zupełnie poza tobą, a przecież w rzeczywistości toczy się w tobie. Tak jakbyś to nie ty umierał, ale zupełnie ktoś inny, obcy, nieznajomy.
– Jesteś cyniczny. Niektórzy umierają straszliwą śmiercią, w męczarniach. Jak możesz umniejszać ich gehenny?
– Nie umniejszam – westchnął znacząco. – Zrozum! Odczuwać można ból, cierpienie, smutek, lęk, a umieranie po prostu jest. Tak samo jak powietrze, czy Warszawa. I choć dotyczy mnie, tak naprawdę dzieje się samo, bez mojego udziału. Właściwie człowiek zupełnie bezprawnie przywłaszczył sobie władzę nad tą czynnością mówiąc z równym zaangażowaniem „ja umieram”, co „ja piję”. Bzdura! Przecież w umieraniu nie ma nic wolitywnego. Nie mamy nad tym absolutnie żadnej kontroli. Czy się położę do łóżka, czy też pojedziemy do miasta na piwo, umieranie będzie się we mnie dokonywało.
– Ale gdybyś przestał przyjmować leki, mogłoby ci się pogorszyć – stwierdziłem, we własnym odczuciu, autorytatywnie.
– Jest w tym coś niewymiernego, nie możesz przecież umierać bardziej lub mniej. Co najwyżej, szybciej lub wolniej. Ale nie da się umierać trochę, tak samo jak nie można być trochę w ciąży. Samo umieranie nie ma natężenia. To proces skutkowy. Proces, który zaczyna się z chwilą narodzin. Nie ma najmniejszej różnicy między życiem a umieraniem, to kwestia jedynie nazewnictwa – kontynuował ze spokojem.

W dali rozbrzmiał sygnał przejeżdżającego pociągu. Miasto usypiało. Jeszcze w nielicznych oknach pobliskich budynków paliły się światła, ale i te wkrótce gasły, by na kilka godzin pogrążyć mieszkańców w ułudzie marzeń sennych i oddzielić ich od rzeczywistości. Czy pod osłoną mroku umierali? Nie bardziej niż kioskarka podająca mi rano gazetę czy kierowca przejeżdżającej karetki. Moja świadomość z trudem godziła równoznaczność życia i umierania. Rodziły się nowe pytania, na które nie umiałem sobie odpowiedzieć. Przecież ja nie umierałem, byłem aktywny, nic mi nie dolegało. Byłem jeszcze zbyt młody żeby umierać. A przecież według Ezry właśnie umierałem.

– Chyba przez tę chorobę zaczynasz postrzegać świat w czarnych barwach. To bez sensu. Życie jest takie piękne, po co opisywać je przez pryzmat zła, śmierci? – konstatowałem.
– Ależ Jarku! Mylisz się i to bardzo. Oczywiście nie zaprzeczam, że czasem zdarza mi się widzieć świat smutnym i mizernym. Częściej jednak wcale nie wartościuję świata. Bo przecież świat sauté nie jest ani dobry ani zły. To pojęcia sztuczne właściwe kodeksom moralnym, a nie rzeczywistości. Orbis humani* jest uwikłany w potrzebę wyznaczania punktów odniesienia i bez nich nie potrafi niczego stwierdzić. A tymczasem niewiele potrzeba, by wykazać niedoskonałość tych odnośników. Skąd wiesz, że autobus jest w ruchu, kiedy siedzisz w środku? Banalne? Zmiana krajobrazu za oknami, wibracje, podmuch wiatru z uchylonego okna czy ryk motoru. Zawsze możesz również spojrzeć na prędkościomierz. Ale wyobraź sobie zupełną próżnię przez którą podróżujesz statkiem kosmicznym…
– Co to za próżnia, skoro jest w niej mój statek i ja – wciąłem się.
– Rzeczywiście. Przyjmijmy jednak pewien izolowany model, w którym to poza statkiem, którym podróżujesz nie ma już absolutnie nic. Ostatecznie to tylko rozważania. W przeciwnym razie zaraz można by podważyć sens takiej podróży, nie wspominając już pytań o pochodzenie statku. Ale do rzeczy. Więc za oknami statku nie ma już zupełnie nic. Niczego za nimi nie możesz dostrzec ani zidentyfikować. Skoro więc nie ma nic, czego odległość mogłaby się w sposób widoczny zmienić względem statku, pozbawiliśmy się możliwości wzrokowej oceny ruchu.
– A drgania, huk silników, przyrządy pomiarowe? – przerwałem ponownie.
– Wyeliminujmy je także. Pójdźmy dalej jeszcze. Pozbądźmy się też dla zabawy przeciążeń. W środku panuje zupełna cisza, nie odczuwamy żadnych drgań czy przeciążeń, a na dodatek nasz wehikuł jest tak doskonały, że nie ma w nim żadnych wskaźników, przycisków, monitorów itp. czy ich odpowiedników wyższej generacji. I co? Jak stwierdzisz czy twoja latająca sosjerka się porusza? Czy będziesz mógł określić kierunek jej ruchu? – zapytał z przekąsem, choć bez najdrobniejszego cienia tryumfowania.
– No tak, ale co to ma wspólnego z umieraniem – odpowiedziałem zupełnie nie uchwyciwszy w pierwszym momencie sensu tego wywodu.
– Niby nic, a jednak. Na tak prostym modelu pokazałem ci, że człowiek bez punktów odniesienia nie bardzo radzi sobie z opisem świata i występujących w nim zjawisk. Ale rozmawialiśmy o dobru i złu. – wyartykułował, jakby próbując przypomnieć sobie o czym to chciał mówić. Na moment zapadła głucha cisza, która kondensowała się by po chwili skroplić się dalszym potokiem słów. – Nie raz pewnie słyszałeś o bezwzględnych i obiektywnych wartościach dobra i zła. To szczególnie ulubiona dziedzina wszelkiego rodzaju moralistów. Tymczasem dobro czy zło nie są wartościami ani obiektywnymi ani szczególnie bezwzględnymi. Jeśli przyjmiemy za dobro wszystko to co jest pożyteczne, pomyślne i wartościowe, czyli najprostszą słownikową definicję, okaże się że z tą bezwzględnością i obiektywizmem mamy nie lada kłopot. Zwłaszcza, kiedy dobro postawimy w służbie prawa naturalnego. Oto bowiem gdzieś na stepie lew upolował antylopę. Gdzie tu jest dobro i zło? Przyjąwszy, że prawo do utrzymania życia jest jednym z podstawowych prawa w prawie naturalnym wydawałoby się, że skoro lew pozbawia antylopę życia tym samym nie może to być dobre. Z punktu widzenia antylopy jest to działanie wysoce niepożyteczne i mało pomyślne, czyli niespecjalnie dobre. Ale z pozycji głodnego lwa wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo przecież zabił ją, by przeżyć. O! – wykrzyknął prawie teatralnie. – To ci dopiero ambaras. Wygląda na to, że nasz lew działał w obronie jednego z podstawowych praw naturalnych. A skoro tak, to nie ma wyjścia, jego działanie było pożyteczne i pomyślne, czyli dobre. Prawda? – zapytał filuternie, głosem oczekującego na aprobatę oczywistego twierdzenia.
– No właściwie… ale chyba nie można tak tego oceniać – wydusiłem zupełnie nie wiedząc, jak się do tego zabrać
– Zaraz, zaraz! Przecież nie ma takich rzeczy, które są zdecydowanie dobre i zdecydowanie złe. A skoro dobro i zło są bezwzględne i obiektywne, to coś tutaj się nie zgadza. Wychodzi na to, że lew posługuje się iście moralnością Kalego. Jak lew zjeść antylopa – to dobrze. Jak antylopa zjeść lwa – to źle. Chwileczkę… – Ezra coraz bardziej się ożywiał. Wracało mu owo szelmowskie podejście, które zwykło mu towarzyszyć, gdy z zacięciem o czymś opowiadał. – No tak przecież antylopy nie jedzą lwów. Należy z tego wnioskować, że racje miał lew. Dobry lew!
– Przestań! Mnie to naprawdę zainteresowało, a ty sobie urządzasz tutaj kpiny – w duchu jednak dziękowałem, że wracał mu humor.

Przez ostatnie dni był jakiś nieobecny. Nie było widać, że cierpi ale prawie zupełnie przestał się uśmiechać i praktycznie wcale się nie odzywał. Od rana zakopywał się w pracy i tak mu dzień upływał do godzin późnonocnych. Nawet przestał wpadać na siłownię, kiedy ćwiczyłem, by sprawdzić osobiście jak bardzo urósł mój biceps. Był prawie duchem. Ale tamtego wieczora obudził się w nim znowu dawny Ezra.

– Tak, tak! Masz zupełną racje! – nie przestał drwić. – Lew jest zły. Wszyscy wiedzą, że stał na czele stada trzymającego władzę. – Nagle spoważniał, zupełnie jakby sobie przypomniał o czymś smutnym. – No, już dobrze! Wracamy do tematu – poprawił koc i z powagą autorytetu naukowego kontynuował. – Sam widzisz, że orzekanie o dobru i złu w sposób bezwzględny i bezsprzeczny jest zadaniem iście karkołomnym. To co bowiem dobre dla jednego, nie musi być takim samym dla innych. I czasem nawet rzekome prawo naturalne nie ułatwia sprawy. Dlatego sens oceny świata jako całości, z perspektywy dobra i zła jest wątpliwy. Chyba, że przyjmiemy za punkt wyjścia prawo boskie, wtedy będziemy poruszać się w sferze z góry ustalonej. Problem jednak polega na tym, jak wybrać rzeczywiste prawo boskie i jaka religia rzeczywiście je przekazuje. W tym zakresie jest jednak pewien punkt wspólny dla wielu religii, a sprowadzający się do faktu niepostrzegania umierania jako zła. Niektóre idą nawet o krok dalej, wskazując za cel życie wieczne, nie zaś doczesne.
– Skoro umieranie nie jest złem, dlaczego cierpimy gdy odejdzie ktoś bliski? – zapytałem, jednocześnie uświadamiając sobie jak bardzo prozaiczne jest to pytanie.
– Właściwie sam sobie odpowiedziałeś. Człowiek z natury jest egoistą, a przy tym ma wybujałe poczucie własności. Dlatego cierpi – z poczucia niesprawiedliwości, że został pozbawiony kogoś, kto stanowił fragment jego rzeczywistości…
– Znowu popadasz w cynizm! – przerwałem.
– Wyjątki jedynie potwierdzają regułę. Ale pozwól mi dokończyć. Śmierć w ogólności, a kogoś nam bliskiego szczególnie budzi w nas lęk. Nie wiedząc, co jest po drugiej stronie lustra zaczynamy się najzwyczajniej bać, czy po prostu wątpić w to co się z nami stanie. Rzadko ten strach spotkasz w formie świadomej u ludzi młodych. A u ludzi starszych zwykle wywołuje on powrót do religii. Właściwie na pograniczu tych obu przyczyn, znajduje się jeszcze jedna. Śmierć kogoś bliskiego z reguły zaburza naszą dotychczasową strukturę życia. Nagle okazuje się, że jakaś część naszego czasu pozostaje niezagospodarowana. Nasze myśli i uczucia, te bieżące oraz plany na przyszłość zostają pozbawione adresata. A my? Nasze życie znakowane jest ludźmi. Więc gdy odchodzi ktoś, tracimy umiejętność rozpoznawania doskonale znanego nam terenu. Jak to możliwe? Wbrew pozorom człowiek bardzo przywiązuje się do sytuacji, często bardziej niż do ludzi.
– Jak można bardziej przywiązać się do sytuacji niż do ludzi? Zastanów się! – rzuciłem wzburzony.
– Uspokój się proszę – odparł Ezra. – Kiedy otaczają nas ludzie, za którymi nie przepadamy, a mimo to musimy z nimi być, wtedy zaczynamy nasze uczucia przelewać na inne elementy rzeczywistości. Człowiek ma w sobie coś z kota. Nie lubi, gdy niespodziewanie coś zmieni się w jego codzienności. Dlatego stres towarzyszy np. zwolnieniu z pracy czy nawet jej świadomej zmianie.

 

Blog Stats

  • 1,994 hits

Najpopularniejsze wpisy

  • Brak